Jesteśmy prawdopodobnie ostatnim pokoleniem, które zmuszone będzie się zestarzeć w tradycyjny sposób.  Będziemy patrzeć jak nasze ciała marnieją, a nasze umysły tracą swoją dojrzałą jędrność. Być może u progu śmierci będziemy mogli się zdecydować jak wybrać się na tamten świat z godnością. Nie będzie już demencji, rak pozostanie smutnym wspomnieniem.  Postęp odbierze nam wszystko, być może nawet starczą brzydotę.

Jesteśmy prawdopodobnie ostatnim pokoleniem zdeterminowanym przez przypadkowość wyglądu. Kanony piękna pozostaną, ale nasze dzieci wszystkie będą wyglądać jak anioły. Ta technologia będzie im dana, a brzydota nie pozostanie kwestią losową, ale wyborem estetycznym. Tak jak irokez, tatuaże i kolczyki. Być może dożyjemy czasów gdzie nasze wnuki zaczną wybierać sobie płeć, tak jak my wybieramy dziś płaszcze i rękawiczki.

Jesteśmy ostatnim pokoleniem, które będzie pamiętać świat bez internetu. Może nasze dzieci założą sobie na mózgi wszczepki, które posłużą im niczym podręczne laptopy nam dziś. Być może nasze wnuki manifestować się będą w kolejnej wersji internetu gdzie wirtualna rzeczywistość mieszać się będzie z realną. I być może nasze prawnuki nie będą już musiały umierać.

Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo ostatnie 10 lat przewróciło nasze życie do góry nogami. Nie widzimy tego, bo właśnie dopiero dorośliśmy. Internet -> Youtube -> Nasza Klasa -> Facebook i Ziemia zbliżyła się do nas po milionkroć. Grzebiemy w nieprzebranych skarbach wiedzy nie mając nawet świadomości tego. A postęp pędzi niewyobrażalnie szybko, im szybsi jesteśmy my, tym szybszy nasz rozwój. Nasze dzieci będą znały tylko taki świat. Inny świat, w którym ukształtowały się nasze charaktery pozostanie nam w głowach. Do końca życia bowiem stać będziemy w rozkroku między XX, a XXI wiekiem.

I kiedy przyjdzie starość, część z nas pojmie nowe czasy na tyle, aby stać się ich częścią, a część zamknie się na szalone technologie pozbawiające nas tak bardzo ludzkiego elementu życia… przypadku. I będziemy cierpieć jako zapóźnieni, jako skansen i będziemy naszymi dziadkami, którzy nie kumają sensu internetu, ale będzie nam 100x razy gorzej. Bo jesteśmy ostatnimi dziećmi chaosu, a świat zbyt szybko się porządkuje. Czy zrozumiemy, że nasz wnuk raz będzie się nazywał Wojtuś a raz Karina? Czy pojmiemy, że z chmury nanobotów jak z mgły powstawać będą domy? Czy zaakceptujemy, że nasze dzieci będą szły do inżyniera genetycznego, programować wygląd naszego nienarodzonego wnuka?

To wszystko w zasięgu naszej ręki. Te technologie już powstają. Za 15-20-30 lat. My tego dożyjemy. Zobaczymy jak umiera nasz prosty świat i będziemy ostatnimi, którzy przeżyli prawdziwe życie, bo dla naszych potomków to będzie LPG – Life Playing Game. Gest woli, a nie ślepy los. Czy zrozumiemy?

A kiedy staniemy się niemal bogami, to czy nadal będziemy ludźmi? Czy jesteśmy ostatni?

„I niebiosa osiągnięli,
Ale „nie” bogu nie powiedzieli .
Boga nie było.

Więc czarne niebo milion razy przekłuli ,
Ale i nad nim boga nie było.

Tylko piekło,
Labirynty
I diabły.”

Morowe – Tylko Piekło, Labirynty i Diabły

010101010101010101…

Wszystko i wszyscy sprowadzacie się do kodu binarnego w życiu drugiego człowieka.

Znajomy mój porównał dorosłość do niezaleczonego wrzodu na dupie. Niby nic takiego, ale jak już dopadnie to dziwnym trafem puścić nie może.  Tu uwiera tam przeszkadza etapami powiększając się i zmniejszając. Dorosłość to moment gdy wychodzisz zza cudzych pleców przed oblicze świata i on zaczyna rozliczać Cię krok po kroku. Każdy błąd zostanie zapisany, każdy sukces stłamszony. Dorosłość to koniec marzeń i pusta „durslejowszczyzna”. Dorosłość to równowaga, hormonów, poglądów i wyborów. 0101010101…

Kiedy byliśmy młodsi mieliśmy czas siedzieć razem długimi godzinami i gadać do siebie o głupotach. Życie, miłość, seks, tragedie bez znaczenie, tragedie które poniewierały. Teraz pojawiamy się nawzajem w swoim życiu żeby sobie przypomnieć jak było, albo ze zdziwieniem ujrzeć kogoś kogo tak naprawdę już nie znamy. Kim Ty jesteś? Dlaczego tak się zmieniłeś? I klniemy bo przyjaciel odszedł na koniec świata, w inny rodzaj percepcji, nie widząc sami że w odruchu dorosłości zbliżamy się do niego tylko wtedy kiedy jest nam potrzebny. Nie mamy czasu na altruizm. Jesteś albo Cię nie ma. 01010101…

Tylko dziecko ma w sobie wybór. Dorosłość to jasna ścieżka pełna prostych codziennych rytuałów. Kokon bezpieczeństwa. Schody do Szeolu. Jeśli zabijesz w sobie dziecko Twoje życie na zawsze zamknie się w trybach pracy, snu i odpoczynku. Choćbyś był genialnym naukowcem czy bogatym biznesmenem na zawsze już będziesz wesoły albo smutny, spełniony albo zawiedziony, żywy albo martwy. Żadnej sprzeczności, żadnego wyboru 0101010101….

Coś we mnie umarło. Odeszliście wszyscy, zostaliście tylko jasnymi punktami na orbicie mojego życia. I już nie będzie tego samego picia i rozmów do 5 nad ranem. Już nigdy nie poczuję tego samego. Jestem dorosły i pusty w środku. I nie mam kasy, domu ani życia, tylko pielęgnuję w sobie dziecko, które wciąż wierzy że ma wybór. I wciąż jest mój Ktoś, bez którego zamek z piasku na zawsze by runął. Na szczęście wciąż jest.

Tyle że nie poza Ktosiem nie ma już jednoczesnego chcę/nie chcę, kocham/nienawidzę, szaleję/mam dosyć. Nie ma sprzeczności. Jest jasna prosta droga. Schody do Szeolu. 0101010101…

Wiem, że to bełkot, ale jeźdźcy już nie przyjadą w nocy, a nowa płyta Unearthly Trance jest chujowa. Świat się skurczył i mam już tylko Ciebie. O nic więcej nie proszę.

Magnetic Man – I Need Air

Czasami dochodzę do takiego poziomu irytacji, że wszystko przestaje mieć znaczenie. Żeby nie wykipieć muszę wyjść z garnka, opuścić go i pójść byle gdzie, gdzieś naprzód. Czasami jestem tak zły, że nic nie poradzę na to, że muszę powrzeszczeć i poskakać w deszczu. Nocą… koło cmentarza… za Piasecznem. Ta złość nie bierze się się z prostego wkurwienia. To coś więcej. To wielki marazm odbierający sens moim działaniom i przyjemność moim pasjom. Taka ohydna breja, która przykrywa Cię po czubek głowy i wpędza w bezmyślną depresję. Nie robić nic, nie robić nic, nie robić nic.  Po prostu musisz się wyrwać i zrobić coś głupiego. Ot proste katharsis. Deszcz i cmentarny sztafaż to tylko dodatki. Tam nikt Cię nie usłyszy. A uwierzcie mi, że Cmentarz Południowy to cholernie daleko od Warszawy.

Czekałem na powrotny bus myśląc o tym jak bardzo brakuje mi mojego Ktosia i jak Ktoś doskonale zrozumiałby tę chwilę. Uczynilibyśmy ją wspólną radością. Ale musiał mi wystarczyć deszcz, mokre włosy i mina kierowcy ostatniego autobusu, który uznał mnie za jakieś zombie. Żeby było weselej, autobus wypełniała czereda homo sapiens pędząca nocą w znanych tylko sobie kierunkach. Po zimnej ciszy cmentarza (zmarli nie są gadatliwi), rozgdakany powiat piaseczyński stanowił niezłą pobudkę. Warto było posłuchać o tym jak „całowałam się z nim w stajni” i że pachniał siodłem. Albo, że „zapomniałam parasola i co ja teraz zrobię panie Włodku”. Kierowca radośnie zapodawał rosyjskie elektro i przez chwilę poczułem się jak w objazdowym cyrku. Orzeźwiające uczucie.

Potem jak stałem pod zalaną deszczem wiatą w Falentach, rozmyślałem o tym że w zasadzie Ci ludzie używali tego autobusu tylko jako środka dotarcia do ciepłych domów. Podróż była dla nich przykrą koniecznością kiedy dla mnie była celem samym w sobie. Gdyby nagle wesoły busik postanowił się rozpaść na kawałki to oni z płaczem dzwonili by po mężów, mamusie i ich samochody, a ja (pod parasolem) poszedłbym dalej, bez znaczenia gdzie. To nie było moje miejsce, mój czas. Byłem tylko przechodniem, migającą plamą w ich życiu gdzie bus pełnił rolę objazdowego salonu plotkarskiego. Właśnie ta możliwość bycia zmokniętym widmem spod cmentarza stała się dla mnie prawdziwym oczyszczeniem.

Bo zawsze będę tylko obserwatorem. Osobliwym znakiem w prostych równaniach życia drugiego człowieka. I to czyni mnie szczęśliwym. I to czyni mnie wolnym.

Katatonia – Liberation

Kiedy byłem dzieckiem zadawałem sobie proste pytania. Obserwowałem świat dookoła siebie i zastanawiałem się nad sensem życia. Kiedy byłem dzieckiem, a było to tak niedawno, stawiałem kroki z zamkniętymi oczyma, nie obawiając się, że stracę równowagę. Zawsze spadałem na miękki dywan rodzicielskiej opieki, pieniężnego bezpieczeństwa czy tępej obojętności. Choć wydawało mi się, że życie kopie mnie w dupe, tak naprawdę było beztroskie.

Kiedy byłem dzieckiem uczucia przeżywałem bardzo głęboko. Wylewałem je w nadmiarze cierpiąc od miłości, których nie było i problemów które nie istniały. Ale obdarzałem nimi podobnych sobie, a oni odkrywali że świat to coś więcej niż szkolne mury i wakacje na koloniach. Kiedy byłem dzieckiem krzyczałem w przestrzeń, że boli, chociaż nie wiedziałem nic o bólu.

Kiedy byłem dzieckiem wierzyłem, że moja mądrość wciąż rośnie, a ja jestem w stanie osiągnąć wszystko i że przyjdzie to równie łatwo co napisanie klasówki czy pogodzenie się z kolegami. Kiedy byłem dzieckiem miałem 10, 15, 20 lat.

Kiedy stałem się dorosłym odkryłem, że nie ma sensu życia. A świat, niby zegar nakręcony przez szalonego zegarmistrza, to pędząca w przód bezmyślna machina. Może i piękna, ale cóż z tego. Bo kiedy stałem się dorosły, każdy nierozważny krok zaczął kosztować majątek, a obojętność stała się największym grzechem.

Kiedy stałem się dorosły, ukryłem uczucia głęboko w sobie, bo dorośli są poważni i nie przeżywają burzy hormonów. Kiedy dorosłem, zrozumiałem, że chyba już nigdy nie będę się mógł zupełnie otworzyć przed drugim człowiekiem i aby żyć normalnie trzeba zbudować mur ze swoich własnych rytuałów. Zonę bezpieczeństwa, przestrzeń wypełnioną niczym.

Kiedy stałem się dorosły znalazłem swoją własną wartość i zapłakałem nad jej marnością. Każdy kolejny krok to coraz większy wysiłek, a trud codziennego życia zabija sens najprostszych pytań. Bo kiedy dorosłem poznałem smak miłości i wiem, że jest czasem gorzka, i że trudno jej podołać. I zrozumiałem, że jestem pretensjonalny i że zawsze taki będę i że nie ucieknę od siebie choćbym bardzo chciał, i że nigdy już nie będę dzieckiem. Wierzę już tylko w to że wciąż warto walczyć o te najważniejsze rzeczy

Kiedy stałem się dorosły miałem 22 lata.  Moje dzieciństwo jest gdzieś we mnie, ale droga prowadzi tylko do przodu.

Ital Tek – White Mark

Dobra muzyka potrafi nastroić Cię na wiele sposobów. Umie wyciszyć gdy przez głowę przelatuje Ci tabun przestraszonych myśli. Umie stworzyć atmosferę intymności zarezerwowaną wyłącznie dla Ciebie, albo dla kogoś jeszcze. Umie pobudzić, a następnie ukoić zmysły. Czyni to wszystko tymi samymi dźwiękami, które snują się po skórze niczym palce stęsknionego mężczyny. Czujesz ten dreszcz? Bo dobra muzyka umie pobudzić w nas fantazję…

Muzyka w oczekiwaniu na spełnienie marzeń… Póżny wieczór lub ciepła letnia noc kiedy księżyc wypełnia pokój swoimi matowymi błyskami przenikając przez oczka firanki. A może zapalona świeczka? Kilka świeczek i ciepły żółty płomień. W powietrzu zapach jaśminu, cynamonu, czekolady… Lub po prostu lepki niczym miód zapach lata i roztętnionych chwilą ciał. Nigdzie skóra kobiety nie wygląda tak doskonale nierealnie jak w takiej sytuacji. Aksamitny połysk wyłaniającego się spod koszulki ramienia, rozkoszna miękkość policzka, kuszące kształty biodra i świecące w ciemności oczy. Widzisz co one mówią.

Taki moment kiedy dziecinna kołdra staje tysiąc razy wspanialsza niż atłasowa pościel, a wymęczona koszulka do spania okazuje się być dla Niego seksowniejsza od najpiękniejszej bielizny. W powietrzu czuć podwójne tętno, ale one zestrajają się szybko ze sobą, przyspieszając i zwalniając w tych samych momentach. Widać niewiele, mówią więc palce i usta. Ramiona wokół talii, ręce błądzące gdzieś w ramionach i wargi szukające radości w zagłębieniu nadgarstka, w zakamarkach szyi, koło ucha… Gdy spotkają się wszystkie razem następują krótkie eksplozje namiętności i świat znika. Wraca gdzieś w okolicach ud, a może w górnej części kręgosłupa. Jakoś tak ciepło…

A dalej? Palce pieszczące krągłości piersi. Może? Oddanie się sobie? Niekoniecznie. Ważne są intencje, nie działania. Ważne to co w oczach, a nie to co w ciałach… manifestacjach zwykłych pragnień. Seks? Muskanie ust bywa ważniejsze niż pieszczoty innych warg. Dwa słowa wyszeptane do ucha w chwili ciszy, cudowniejsze od długiej ekstazy. Cichy sen w Jego ramionach lepszy od długich wspólnych akrobacji. Zresztą przecież można wszystko… Tak tylko jak sobie wyśnisz. Czasami nie trzeba nic, czasami wszystko na raz.

Wzrok mówi wszystko, słowa nie są ważne. Czasami jeden gest wystarczy na to, aby przez cały dzień nosić radość. Żeby mieć cierpliwość na miesiące, a czasem lata oczekiwania. Warto się tych gestów uczyć wciąż na nowo. I tylko zapach Jej ciała unoszący się w zaduchu porannej pościeli to coś dla mężczyzny czego on nie umie opisać…

Dobra muzyka stymuluje dobre myśli.

Massive Attack – Special Cases

Dlaczego jest czasem tak, że 20 minut wystarczy, żeby zmienić swoje życie na całe 40 lat. Jest jakaś magia w tych liczbach tu nie ma żartu. Pewnemu starszemu dzisiaj panu wystarczyło 20 minut patrzenia na ładną kelnerkę w barze, żeby stwierdzić że za 40 lat będzie siedział z nią przy świątecznym stole w otoczeniu dzieci i wnuków. Nie mylił się. Pewnemu muzykowi wystarczyło 20 minut, aby razem ze swoim zespołem zrobić wrażenie na wielkiej wytwórni i 40 lat później być uznawanem za jednego z największych gitarzystów w historii rocka. Inny człowiek wszedł z kałasznikowem do szkoły i w 20 minut sprawił kilkuset ludziom rodzinne tragedie, o których za 40 lat też będą pamiętać…

Zresztą tu nawet nie chodzi o 20 i 40. Pewnej dziewczynie wystarczyło 30 sekund, żeby pójść do łóżka z moim kolegą, ale wyszło że męczyć będą się ze sobą trochę dłużej. Pewnemu facetowi starczyło 5 sekund nieuwagi, żeby wpakować się swoim wozem w gigantyczny słup na Trasie Łazienkowskiej i nie doczekać starości. Wóz zamienił się w drzazgi, a na słupie nie ma prawie żadnej rysy. Słup będzie stał zapewne i za 20 lat podobnie jak grób tego człowieka. Jak to się dzieje, że wystarczą sekundy, aby odmienić nasze życie. Że wystarczy kilka minut, żeby zapamiętać je potem na zawsze…

Bywa także na odwrót. Czekamy na coś przez 20 lat cierpliwie wierząc, że to się stanie, a potem przychodzi na nas jak grom i jednak nie wierzymy, że to to na co czekaliśmy. Sukces sportowy? Wielka miłość? Przecież żyjemy właśnie dla takich chwil. Kolekcjonujemy je. Czasami przepadają nam przed nosem, nie zauważamy ich. Pożera nas strach. A przecież wystarczy zrobić jeden odważny krok…

20 minut wystarczy, żeby zmienić nasze życie na 40 lat. Może nawet na więcej? Może będzie to 40 lat ciężkiej pracy nad efektem tych dwudziestu minut, ale właśnie o to chodzi. Żeby znaleźć szczęście i pielęgnować własne szczęście. Życzę takich niezapomnianych chwil każdemu. W pościgu za życiem i swoimi pragnieniami trzeba czasem stanąć. Wtedy znajdujesz największe skarby.

Just a meaning of life.

Isis – Wrists of Kings

Mężczyźni. Istoty z Marsa. Gorsza płeć. Przyczyna wojen. Obiekt uwielbienia. Obiekt nienawiści. Zgromadzenie połowy ludzkiej populacji, które przez 90% swojego dnia myśli wyłącznie o seksie, a pozostałe 10% przeznacza na próby wprowadzania tych zamysłów w życie. Zastanawiam się ile kobiet pisało i myślało o mężczyznach w podobnych kategoriach. Myślę, że przeważająca część. Jako płcie będące z zupełnie innych planet nie rozumiemy się zupełnie, a jednocześnie jesteśmy przeznaczeni do współistnienia ze sobą. Ba, kochamy się i nienawidzimy, współpracujemy i walczymy. Najważniejsze uczucia, najistotniejsze działania. Cały świat to po prostu zderzenie tych przeciwieństw.

Kobiety napisały wiele książek o tym jak rozróżnić facetów. Ja powiem tak: wszystkie się mylą. Mężczyzn dzielimy tylko na 3 typy: dobrych, złych i paskudnych. A za wybór typologii posłużył mi nie znany amerykański naukowiec tylko Ennio Morricone. Proszę bardzo.

Zacznijmy od tyłu i uznajmy, że patrzymy jakby z punktu widzenia kobiety. Są mężczyźni paskudni czyli po prostu zdrajcy. Mimo iż postępująca emancypacja sprawia, że coraz więcej kobiet nie cofa się przed zachowaniami podłymi (niby czemu miałyby się cofać skoro robią tą mężczyźni) to nadal w niespodziewanej zmianie obiektu adoracji przeważają faceci. To przytyk szczególnie do dwudziestolatków, gdyż jako nastolatki (przynajmniej nasze roczniki) posiadaliśmy w sobie z pewnością pewien miłosny idealizm, a przynajmniej większość z nas. To się szybko traci.

Bądźmy bezpośredni. Mężczyzna, który zdradził jest splamiony na stałe. Intencje są powiem wam nieistotne, ślad zdrady choćby wyparty z pamięci pozostaje. Ja wiem, że wiek XXI nie dopuszcza myślenia skrajnego, wszystko subiektywne itd. ale pozwólcie że posiadać będę własny ogląd, nawet jeśli jakieś mądrale nazwą go średniowiecznym. Zresztą pal licho jeśli taki facet jest po prostu zakochanym głupkiem, który nie umiał utrzymać swojego języka czy fiuta na wodzy. Sami wiecie hormony, alkohol i pewne rzeczy zaczynają się dezaktualizować. Nie o takich paskudów nam chodzi. Prawda, że też są splamieni i mogą stracić swoją ukochaną, ale to już ich problem, że pchali się tam gdzie nie powinni.

Prawdziwym „mężczyzną paskudnym” jest oczywiście zdrajca z premedytacją i Ameryki tu nie odkrywam. Tylko premedytacja potrafi być różna. Jeden zrobi to, żeby coś udowodnić. Inny lubi grać na dwa fronty, czasami nawet na trzy jak to naocznie zaobserwowałem. Premedytacją będzie wówczas też porzucenie swojej dla innej. Premedytacją będzie chęć popisania się. Nie musimy chyba udowadniać drogim paniom, że jakkolwiek wartościowy nie był by taki mężczyzna to jest on dokumentnie spalony. Faceci nie zdają sobie kompletnie sprawy co przechodzi wewnętrznie zdradzona kobieta. Mężczyzna, któremu puściła się dziewczyna odcierpi swoje i poszuka dalej, kobieta może nabrać ciężkiego urazu do mężczyzn w ogóle… Keep that in mind boys.

Następni w kolejce są mężczyźni źli. Zło jest bardzo obszernym pojęciem i kryje się tu kilka podtypów panów z całą gamą głębszych podziałów, o których nie czas i nie miejsce tu pisać. Ale wymieńmy chociaż kilka. Mamy mężczyzn złych z natury, spaczonych chorobą psychiczną, alkoholem czy agresją. Mamy mężczyzn złych w sensie rebelianckim. Buntują się tacy wewnętrznie i zewnętrznie przeciwko światu pokazując mu swym zachowaniem środkowy palec co nie da się ukryć działa w pewien sposób na kobiety, jako że lubicie drogie panie chłopców niepokornych. Jest w nich coś pociągającego.

Są mężczyźni źli – uwodziciele. Tacy, którzy umieją zgadywać najskrytsze kobiece myśli i wiedzą zawsze co powiedzieć, aby nawet najbardziej surowa kobieta poczuła się doceniona. Różne są intencje takich „złych panów”. Jedni chcą po prostu zdobyć kobietę imponując im uwodzicielstwem słowa, wyglądu i odrobiną arogancji. Inni chcą podbudować własną wartość. Jeszcze inni chcą po prostu seksu i korzystają z danych im od losu umiejętności. Są wreszcie na koniec faceci tak źli, że aż beznadziejni. Ofiary losu, idioci, brzydcy nieboracy, nad którymi paniom nie chce się nawet litować, a przeważnie załamują nad nimi ręce. W większości są to przypadki nieuleczalne.

Mamy wreszcie mężczyzn dobrych. Podobnie jak powyżej, podtypów jest kilka. Mamy tak zwanych aniołków czyli wolontariuszy z natury litujących się nad wszystkim i wszystkimi często nawet wbrew ich woli, chętnych i pomocnych. Mamy wreszcie niewinnych, którzy generalnie nie widzą w kobiecie nic więcej poza człowiekiem, a już z pewnością nie „potencjalne obiekty seksualne”, że powtórzę to za licealną mą nauczycielką od biologii. Są faceci-przyjaciele. Typ na który niektóre kobiety patrzą nieco podejrzliwie lub wątpią w ich istnienie. Są to faceci, którzy potrafią w kobiecie znaleźć mnóstwo fascynujących rzeczy nie patrząc w ogóle na miłosny aspekt tej relacji. Na koniec pozostawiamy oczywiście nieistniejącego „faceta idealnego”, który posiada wszystkie wymienione wyżej pozytywne cechy i nie ma żadnej z nich jednocześnie. Bo taki obraz można sobie stworzyć z opisu owego ideału…

Drodzy Czytelnicy zapewne są świadomi faktu, że jak to w nauce typy owe są wyłącznie surowym opisem poszczególnych męskich cech, branych jak widzicie z punktu widzenia uczucia miłości. Prawda (i praktyka) jest oczywiście taka, że każdy jest pomieszaniem kilku tych podtypów przeważnie z przewagą dwóch co zapewne czyni nas tak barwnymi i niezrozumiałymi w kobiecych oczach. Tak samo zresztą jak kobiety w naszych. Nie rozumiemy się wspólnie, ale nie wyobrażamy sobie bycia bez siebie nawzajem.

Porcupine Tree – The Moon Touches Your Shoulder

P.S. Spisane nieco chaotycznie na podstawie doświadczeń moich przyjaciółek, koleżanek i bliskich kobiet, ale także na podstawie własnej obserwacji.

P.P.S. Jeśli ktokolwiek widzi w tym tekście ironię to z góry zaznaczam, że nie ma tu żadnej, jednakże proszę nie traktować tego do końca poważnie.

Kiedy wracasz do domu znużony codziennością często przegapiasz wiele interesujących drobiazgów wokół siebie. Im bardziej doskwierają Ci kolejne powroty z pracy, kolejne godziny męki z nienawidzoną przez Ciebie rodziną i kolejne dni zbliżające Cię do nieuchronnej starości tym większe rzeczy znikają z Twojego pola widzenia. Usypiasz za kierownicą w nieskończonym sznurze samochodów snujących w wysokich wąwozach, o ścianach z betonu i szkła. Słaniasz się na nogach wdychając wieczorne hausty powietrze po wyjściu z metra. Wokół znajome osiedle, trochę ciemniejsze niż zwykle, bo wieczór kładł się po nieco deszczowym dniu. A jednak tak samo smutne i przygnębiające. Gdziekolwiek jesteś patrzysz na Twoje blokowisko, w perspektywę długiej, dojazdowej ulicy. Widzisz wszystko tak samo… poza gigantyczną czarną chmurą, która połknęła już połowę wieczornego nieba.

Patrzyłem na was wszystkich idących wąwozem, patrzących, a nie widzących. Ostatnie promienie słońca puszczały senne błyski zza postrzępionej kurtyny o tak atramentowej barwie, że nie sposób było w niej cokolwiek dostrzec. Wszyscy szliśmy jej na spotkanie, ale tylko ja widziałem jak wchodzimy w tę ciemność i wierzcie mi, że gdybyście umieli patrzeć przerazilibyście się równie mocno. Prawdę powiedziawszy też zajęło mi chwilę zauważenie jej. Potrzeba było przystanąć, uzyskać nową perspektywę, zastanowić się. I właśnie oto chodziło. Każde z was toczy się bezmyślnie i ślepo po zwykłych koleinach swego życia nie widząc jak czarna chmura zaczyna kraść całe słońce wokół was. Im bliżej waszego wieczora tym ciemniejszą i straszniejszą się staje, ale wy nadal nie widzicie.

Tu nie chodzi nawet o śmierć chociaż ona krąży wokół nas szepcząc i przywołując coraz głośniej. Kto z was nie czytał i nie słuchał dziś o śmierci Zbigniewa Religi, człowieka który uratował tak wielu, ale nie potrafił uratować siebie. Jednak każdy z nas wiedział, że on widział swoją czarną chmurę i wchodził z nią bez strachu świadomy co się stanie gdy ona zakryje mu całe niebo. Ba, nie wyrzekał się w strachu swojego ateizmu jak czyni wiele osób, wręcz się w nim utwierdzał. To na mnie jako na osobie w dużym sensie wierzącej również robi wielkie wrażenie. Po prostu poszedł tą ścieżką wprost i odważnie, widział ją.

Ale z drugiej strony mamy Andrzeja Samsona, który również zmarł dopiero co, do końca życia zmagając się z oskarżeniem o molestowanie dzieci. Nie chodzi o to czy prawdziwym czy nie. Sądzę, że przegapił moment, w którym chmura zakryła mu niebo. Zmuszony był odejść niespodziewanie. Chyba nie pozwolono mu jasno i pewnie wybrać swojej ścieżki, a może po prostu uległ własnym demonom. Niech obaj spoczywają w spokoju.

Póki my żyjemy póty wiem, że możemy stanąć spokojnie i spojrzeć na niebo. Zmienić perspektywę i zobaczyć tę czarną chmurę w całej jej okazałości…

„Why is everything to be denied?
That could make life a little bright.”

A potem po prostu wybrać naszą własną ścieżkę i znów powędrować w ciemność. Nie zawsze czyha tam najgorsze. Kiedy wszedłem do bramy domu mojego przyjaciela ponura tkanina przykryła mi już cały sufit. Czekałem na pierwszy tego roku piorun, na wściekły wiatr, na strugi deszczu ze śniegiem, na coś co zwali mnie z nóg. Nic takiego nie nastąpiło. I to jest moje małe zwycięstwo.

Moonspell – Crystal Gazing

Za dużo na tym blogu miłości. Miłości własnej, miłości upragnionej, miłości niezrealizowanej. Pod płaszczem i pod kolejną maską potrzeby pisania kryje się niepokojąca żądza, która nie zostawszy nakarmiona zostawia ślady jak rak. Wypala się w umyśle, odbiera radość i spokój funkcjonowania. Setki godzin spędzonych na rozmowach nie przybliża mnie nijak do uspokojenia się. Sam sobie napędzam ten silnik i sprawiam że te sprawy zaprzątają zbyt dużą część mojego umysłu. A jeśli nie świadomie, to i tak wychodzi na to samo.

Ten blog jest doskonałym materiałem analitycznym dla dobrego psychologa. Być może to ja faktycznie przesadzam, ale czuję potrzebę porzucenia potrzeby miłości. Oczywiście wiem, że przegram. Ale nie szkodzi, warto spróbować. Ta zima była za długa i zostawiła we mnie za dużo śladów,  żebym mógł się ocknąć z dnia na dzień.

Nie żebym teraz wystawiał sztandary aseksualności albo deklarował myślową wstrzemięźliwość. Nic z tych rzeczy. Tak samo nie porzucę pisania o miłości, której tu pełno na blogu. Tak samo nie przestanę się zakochiwać, nie przestanę dwuznacznie żartować, nie przestanę szczerze wyrażać uczuć. Tak samo nie będę się karał za uciekanie oczami w stronę pięknych kobiet.

Więc co zrobię? Absolutnie nic. Po prostu usiądę i się uśmiechnę. Nie oczekujcie żadnej zmiany, bo niczego takiego nie będzie. Skończył się pewien okres w moim życiu i z gorączkowej żądzy nie pozostanie ślad. Zostanie otwarte serce i ja taki sam jak zawsze jestem.

To jest jedyna dobra droga. :)

Mówiłem, chociaż niewielu z was wierzyło.  Mówiłem, że przyjdzie wiosna i zmyje śniegi które zalegały na dnie waszych dusz. A ci którzy zamarzli niemal do samego dna, powstaną do nowego życia. Bo skończył się dla was karnawał, maski zmieniły się w pył i proch. Okowy pękły, a wy uwolnieni wyszliście na słoneczne światło i zaczęliście widzieć.

Mówiłem wam o miłości i że jest świat poza nieskończonym zimnem. Ale wy przestaliście już w niego wierzyć. Mówiłem, że wiosna przyniesie nowe, że zbliża się, że czuję jej zapach. Mieliście mnie za głupca. Teraz zdziwieni padacie na kolana jak oślepieni i widzicie. Wyciągacie do siebie ręce, rzucacie spojrzeniami. Miłość jak przebiśnieg, jeszcze schowana, ale już w was zakiełkowała. Patrzę na to wszystko z troską i radością.

Jesteście dla siebie skarbami, swoim światem. Widziałem w was to pragnienie i uwierzyłem w wasze życie. Nie pozwoliłem się wam rozpaść po skończonym karnawale. Ale to nie moja zasługa. Nie wierzyliście mi, ale mieliście nadzieję. Ona pozwoliła wam przeżyć. Wyciągam przed wami szeroko ręce. Proszę… mówiłem… oto wiosna.

Stoisz koło mnie. Na twarzy ten sam brak uśmiechu. Oni wszyscy radośnie zagubieni, a my pewni i zimni niczym granitowe rzeźby. Dla nich jesteś Izydą i Asztarte. Opiekunką. Też mi nie wierzyłaś do końca prawda? Nie szkodzi. Patrzymy na nich wszystkich znajdujących miłość szczęśliwie i radujemy się ich wiosną.

Czy Ty też znajdziesz swoją wiosnę? A czy ja…?

Ufomammut – Stigma

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.