Czasami dochodzę do takiego poziomu irytacji, że wszystko przestaje mieć znaczenie. Żeby nie wykipieć muszę wyjść z garnka, opuścić go i pójść byle gdzie, gdzieś naprzód. Czasami jestem tak zły, że nic nie poradzę na to, że muszę powrzeszczeć i poskakać w deszczu. Nocą… koło cmentarza… za Piasecznem. Ta złość nie bierze się się z prostego wkurwienia. To coś więcej. To wielki marazm odbierający sens moim działaniom i przyjemność moim pasjom. Taka ohydna breja, która przykrywa Cię po czubek głowy i wpędza w bezmyślną depresję. Nie robić nic, nie robić nic, nie robić nic.  Po prostu musisz się wyrwać i zrobić coś głupiego. Ot proste katharsis. Deszcz i cmentarny sztafaż to tylko dodatki. Tam nikt Cię nie usłyszy. A uwierzcie mi, że Cmentarz Południowy to cholernie daleko od Warszawy.

Czekałem na powrotny bus myśląc o tym jak bardzo brakuje mi mojego Ktosia i jak Ktoś doskonale zrozumiałby tę chwilę. Uczynilibyśmy ją wspólną radością. Ale musiał mi wystarczyć deszcz, mokre włosy i mina kierowcy ostatniego autobusu, który uznał mnie za jakieś zombie. Żeby było weselej, autobus wypełniała czereda homo sapiens pędząca nocą w znanych tylko sobie kierunkach. Po zimnej ciszy cmentarza (zmarli nie są gadatliwi), rozgdakany powiat piaseczyński stanowił niezłą pobudkę. Warto było posłuchać o tym jak “całowałam się z nim w stajni” i że pachniał siodłem. Albo, że “zapomniałam parasola i co ja teraz zrobię panie Włodku”. Kierowca radośnie zapodawał rosyjskie elektro i przez chwilę poczułem się jak w objazdowym cyrku. Orzeźwiające uczucie.

Potem jak stałem pod zalaną deszczem wiatą w Falentach, rozmyślałem o tym że w zasadzie Ci ludzie używali tego autobusu tylko jako środka dotarcia do ciepłych domów. Podróż była dla nich przykrą koniecznością kiedy dla mnie była celem samym w sobie. Gdyby nagle wesoły busik postanowił się rozpaść na kawałki to oni z płaczem dzwonili by po mężów, mamusie i ich samochody, a ja (pod parasolem) poszedłbym dalej, bez znaczenia gdzie. To nie było moje miejsce, mój czas. Byłem tylko przechodniem, migającą plamą w ich życiu gdzie bus pełnił rolę objazdowego salonu plotkarskiego. Właśnie ta możliwość bycia zmokniętym widmem spod cmentarza stała się dla mnie prawdziwym oczyszczeniem.

Bo zawsze będę tylko obserwatorem. Osobliwym znakiem w prostych równaniach życia drugiego człowieka. I to czyni mnie szczęśliwym. I to czyni mnie wolnym.

Katatonia – Liberation