Wanderlust. Nieustanne pragnienie podróżowania. Niekończące się wołanie, które zmusza człowieka do porzucenia bezpiecznego domowego schroniska i tułania się gdzie popadnie. Nigdy nie zaspokojona żądza bycia w ciągłym ruchu, patrzenia co jest za zakrętem, planowania i łamania tych planów spontanicznymi posunięciami. Jeśli dołożysz do tego chyba uzasadnioną miłość do miejsca swojego urodzenia otrzymujesz demona, który targa mną od wczesnego dzieciństwa.

Od takiego tyciego malucha kochałem udawać się w nieznane miejsca. Najpierw wycieczki do rodziny w Warszawie i poza nią. Potem wypady w różne ciekawe miejsca. Do zoo, do muzeów, do parku kultury w Powsinie. Zobaczenie tego wszystkiego było fascynujące, ale nic nie przebijało możliwości długiej podróży najchętniej komunikacją miejską. Ba, wręcz namawiałem swego ojca do zabierania mnie w takie podróże i on czasem spełniał dziwne pragnienia ciekawskiego kilkulatka. Potem zabierał mnie na długie piesze wycieczki wokół Warszawy, które pokochałem wielką miłością. To było zresztą cementowanie jego ojcowskiej relacji ze mną. A we mnie kiełkował i rodził się wanderlust…

Wybuchł na początku gimnazjum, do którego zacząłem dojeżdżać przez prawie pół miasta codziennie. To mi nie wystarczało, uciekałem więc czasem z lekcji włócząc się komunikacją po całej Warszawie i poznając dokładnie wszystkie jej zakamarki. Z punktu widzenia inwestycji w przyszłość było to słuszne. Myślę bezczelnie, że niewielu taksówkarzy zna te wszystkie ulice lepiej ode mnie. Mało kto ma sieć komunikacyjną w głowie. Ja mam. Jest oczywiście druga strona medalu, bo problem polega na tym, że to pragnienie we mnie nie wygasło ani na jotę. Co uważam za lekko szalone.

A więc wanderlust. Budzę się czasem i czuję jak burzy się we mnie krew. Uciekam wtedy od wszystkiego i włóczę się po mieście z muzyką i aparatem. Wsiadam o dowolnej godzinie w autobus i wiozę się sam nie wiem gdzie. To zresztą nieważne. Liczy się puls serca łomoczącego w jednostajnym rytmie utworu Baroness. Świat się zmienia, godziny obracają w dni, a dni w lata i ja wciąż tłukę się po całym mieście goniąc sam nie wiedząc za czym.

Czasami gdy rzeczywistość przyciśnie mocniej, uciekam nawet od tego. Wiozę się gdzieś daleko poza miasto, na zapuszczone w podwarszawskich wsiach przystanki. Obieram najmniej uczęszczany szlak i zapuszczam się po lasach i polach strasząc swym wyglądem. Idę tak długo aż ból w nogach staje się nieznośny albo doskwiera mi przykre pragnienie. Wawerska wydma, nadwiślański wał, izabeliński dukt… Nieważne. Droga prowadzi mnie aż otrzeźwieję orientując się po 3 godzinach, że jestem o kilometry od cywilizacji. Nieustannie uciekam sam.

Nie znajduję w sobie chęci dla uporządkowania się. Być może tak szukam sobie dystansu do siebie i świata. Może to jest jedna z tych pasji, które rządzą człowiekiem, a nie on nimi. Wiem, że są tacy co to rozumieją. Znam ich, ale nie wchodzimy sobie w drogę. Wanderlust jest czymś tak intymnym, że możliwym do podzielenia się tylko z najbliższą osobą. Jak chłopak z dziewczyną, jak syn z ojcem…

Baroness – Wanderlust

Spotkania rodzinne po latach mają swój specyficzny posmak. Przebiegają najczęściej dwutorowo. Zaczynają się od wylewnych radości, wspólnego wcinania ciasta, oglądania zdjęć, opowiadania sobie co tam na studiach i w pracy. Potem przechodzi się do wesołych wspomnień. Starsze pokolenie rozczula się nad tym jakie to my byliśmy słodkie dzieci, a młodsze przypomina sobie różne wesołe sytuacje z dzieciństwa. Klimat powoli się zmienia gdy do przyjemnego wspominania dochodzą rzeczy smutne, a te wkradają się automatycznie w każdej takiej rozmowie.

Każda rodzina ma swoją historię, swoje cierpienia: rozwody, okrucieństwo ojca w dzieciństwie, bunt w okresie dojrzewania, problemy z chorobami, z nauką. W dobrej polskie rodzinie niebagatelną rolę zajmują też często tematy religijne. Można dowiedzieć się paru dziwnych rzeczy, o których nie miało się pojęcia i nie chciało się wiedzieć. Wieczór toczy się nadal w spokojnej ale już bardziej zadumanej atmosferze. Pojawiają się poważne tematy, od których starsze pokolenie uciekało przez tyle lat. Dorośliśmy do tego. Żadne z nas nie ma jeszcze dzieci, a niemal każde przekroczyło magiczną barierę dojrzałości.

Gdy ma się 3 starsze siostry cioteczne pozostające w mniej lub bardziej wolnych związkach to zaczyna zaraz przeważać temat małżeństwa. Ale wbrew pozorom nie chodzi o naciski naszych rodziców na każdą z nich. To już nie ten poziom dyskusji. Co smutniejsze każdy ten związek przeżywa setki zawirowań często nie z winy samych zakochanych. Warto posłuchać jak pytają się świata dlaczego nie daje im szansy stanąć na wspólnym kobiercu… Bo życie nie okazało się tak proste jak być miało. Kręta ścieżka dojrzałości i trudna droga w dyskusji.

Nagle okazuje się, że ja stawiam najradykalniejsze tezy. Ale jak to? Ja taki spokojny, zrównoważony, nigdy nie zbuntowany. No może z punktu widzenia starszych słucham dziwnej muzyki, ale to zupełnie o niczym nie świadczy. Nagle w gronie najbliższych okazało się, że urodziłeś się dla nich innym człowiekiem. Nie ma tego dziecka ani spokojnego nastolatka. Jest szalony chociaż trzeźwo myślący dwudziestolatek. Tak obracają się hierarchie w dziwnej machinie rodziny. To dziwne… byłem pewien, że akurat Ci ludzi umarli przeciw swojej bliskości, ale jednak jesteśmy wciąż bliżej siebie niż mógłbym się spodziewać. To jednak budujące.

Znów przyszła wiosna, jak co roku. Bo nie wierzę już w powrót mrozu. Może popada jeszcze śniegiem tu i tam. Może małe sadzawki skują się na chwilę lodem, ale zima już puściła. Czuję to pod skórą. I tak jak się spodziewałem przyszło nowe. Zniknęły strachy i wątpliwości. Znów wiem czego chcę.

Wiosna objawiła się też wyostrzeniem zmysłów. Dawno już rytm nie tętnił mi tak przyjemnie w uszach, a drewno nie śmigało tak intensywnie w moich palcach. Być może nigdy. Tęsknie za przestrzeniami. Wrócił mi do serca Tool, trochę już zapomniany. Tęsknie za długimi wieczorami gdy słońce kładzie się przez wiele godzin nad linią lasu. Tęsknie za żaglami, za ogniskiem, za smakiem powietrza, które nie ścina mrozem krwi w żyłach. Tęsknie za długimi rozmowami w cztery oczy w mroku nocy. Tęsknie za smakiem lekko spotniałego aksamitnego ciała zmieszanego z zapachem perfum. Chyba jest dobrze.

Uśmiecham się do Ciebie. Uśmiecham się do świata.

Tool – Intension

W zasadzie to powinienem zapaść się pod ziemię i nie wychodzić stamtąd przez najbliższe stulecie. Odgryzać w złości paznokcie… a potem palce i walić łbem o ściany. Widać rację mają Ci co uważają, że urodziłem się i umrę mentalnym dzieckiem. Dziecko może być mądre i wiedzieć wiele, ale w życiu porusza się jak słoń w składzie porcelany. Niszczy swoją nieobyciem delikatną strukturę rzeczywistości. Cóż…

Szafran tak naprawdę smakuje gorzko. Podobnie jak kalifornijski Paul Mason’s sprzed trzech lat. Podobnie jak szczere słowa najlepszego przyjaciela. Trzeba to przełknąć… jak dobrze zasłużone lekarstwo.

Jedyne co mogę teraz zrobić to wyciągnąć do Ciebie rękę i powiedzieć… chodź. Przecież masz swoją upragnioną sesję. Zabiorę Cię w te wszystkie miejsca, abyś mogła podjąć decyzję gdzie pasuje Ci najbardziej. A potem pozwól sobie poszaleć… Modelka, Fotografka, Bogini. I otoczona życzliwymi ludźmi, bo innych tam nie będzie. To przecież jest Twoje wino.

Jeśli zechcesz wymasuje Twoje zbolałe plecy, zmęczone ciężarem który niepotrzebnie nosisz. Jeśli ja zechcę zabiorę Cię do drzew, do teatrów, do ludzi pełnych pasji. Nawet nie wiesz kiedy. Jeśli zechcesz wypijemy absynt, wino i pozwolimy sobie szaleć, zapomnieć się wreszcie. Jeśli
ja zechcę to użyczę Ci swej samotni dla ucieczki przed światem. Nawet nie będziesz musiała mnie widzieć. Herbata będzie zawsze czekać.

Weź życie w swoje ręce. Przecież masz tyle przed sobą. Zostaw wszystko co było. Tak wiem… łatwo mówić i tak wiem… jestem w niczym nie lepszy od innych. Ale jeśli to zrobisz to odpowiedź na Twoje “nie wiem” i te wszystkie inne drobniejsze i większe “nie wiem”, wreszcie się pojawi. I każda będzie właściwą.

O nic więcej nie śmiałbym Cię prosić. Proszę, widzisz moją wyciągniętą dłoń, a w drugiej ręce jest wino. Co się stanie później… to niech się stanie. Tu nie ma ani grama konwencji, ale…

… Przecież właśnie przyszła wiosna.

Paskudny dzień, paskudny humor. Za dużo na głowie, za wiele symboli wkoło mnie. Wszystkie pokazują mi jak bardzo się mylę. Jestem naiwny to fakt, zresztą zawsze byłem. Może to coś co pomagało mi przetrwać, ale teraz mnie dobija. Chwilowo…?

I wiesz dlaczego tak się działo? Bo zawsze byłaś gdzieś na moim horyzoncie. Widziałem Cię jak gwiazdę, która prowadziła mnie bezpiecznie do celu. Widziałem Cię we wszystkich kobietach, które odcisnęły w moim życiu swoje piętno.

A teraz zniknęłaś i nie został po Tobie ślad. Wolałem Cię we śnie, ale Ty objawiasz się teraz innym. Innym dajesz swoje szanse. A ja zostałem sam. Oczywiście szukałem Cię sięgając daleko poza horyzont. Ale nawet tam Cię nie ma. Naprawdę chcesz abym przestał w Ciebie wierzyć…?

Neurosis – A Season in The Sky

W konwencji. Jak zwykle nikt nie powinien wiedzieć ile procent prawdy kryje się w tych słowach.

” This the last hour of the carnival,
I dance, I dance though it hurts.
Hangman’s rope suits well,
Every gentleman,
Madam, you look charming
In the necklace of blood.

People say there’s a day after,
Every night.
People say there’s sun,
Behind these clouds.
What a relief.
I’ll drink to that,
Pour me a glass of poisoned wine.”

Jest już bardzo późno. Ta zabawa trwa stanowczo zbyt długo. Umysły zdążyły otępieć od wina i szaleństwa przeplatanego smutkiem i kpiną. Przez te wszystkie godziny… dni… miesiące. Ile rozbitych kieliszków tyle nieprzespanych nocy. Ile przetańczonych kawałków tyle godzin spędzonych na obgryzaniu paznokci do krwi. Ile bólu tyle zapomnienia. W noc taką jak ta powinno się zapomnieć po raz ostatni, bo gdy nastanie ranek i przeszyje nas zimowy chłód środy to poznamy kim naprawdę jesteśmy. Życie w mroku pozbawione wartości. Ale ja rzygam tym karnawałem.

Siedzimy na przeciwko siebie. Dzieli nas kilka stolików. Patrzymy od niechcenia na maski swoich twarzy. W końcu to karnawał. Nic nie jest prawdziwszego od nich samych. Na wierzchu maska grzeczności, Twój wystudiowany elegancki uśmiech gdy napotykasz mój wzrok. Moje delikatne skinienia głową gdy czuję na sobie Twoje spojrzenie. Pod nią maska obojętności. Gdybym zdarł z Ciebie tą pierwszą zobaczyłbym kamienny marmur Twoich rysów. Elegancki, kobiecy, idealny. Ale wygaszone oczy i żaden ruch mięśnia nie niszczy tej fidiaszowej precyzji. Tacy na co dzień wobec ludzi.

Ale dalej też są maski. Te które zakładamy w zależności od sytuacji. Maska namiętności jeśli skusi nas wobec siebie pragnienie. Maska gniewu gdy spojrzysz w nienawistne grono czerwonowłosych kobiet wypełniających różne kąty sali. Maska jokera gdy będę przed którąś z nich grał komedię elegancji. A wewnątrz? Aż gotuję się z pragnienia zrzucenia z Ciebie którejkolwiek z nich. Zrzucenia wszystkich. Kim jesteś?

Myślisz, że powoduje mną pusta ciekawość… Nie, ja nawet w ostatniej godzinie tej chorej, trwającej od miesięcy zabawy widzę w sobie lęki, radości czy uczucia nie przystające mężczyźnie. Włożony w swój garnitur, eleganckie buty i z baterią masek na podorędziu wciąż chcę być człowiekiem. Chcę znaleźć człowieka w drugiej osobie. A o czym Ty myślisz? Jesteś pięknie ubrana, chociaż w skromnej sukni jakbyś nie dbała o cały ten splendor balu. A jakże przyciągasz mój wzrok. Wiesz, że na Ciebie patrzę. Wiem, że Twoje gesty to gra jaką prowadzimy wszyscy. I może siedziałbym tu tak, aż do końca tego dnia…

Podchodząc nachylam się do Ciebie. Zatańczymy?

I już chwytasz moją dłoń, a ja prowadzę Cię na parkiet gdzie w leniwym rytmie jazzbandu snuje się kilka smutnych par. Jak kukły w katarynce. Przylegasz do mnie swoim ciałem, wyciągasz dłoń i pozwalasz się delikatnie prowadzić. Czuję Twój spokojny, zrównoważony puls. Czyżby nawet on został wystudiowany? Na Twojej głowie maska uśmiechu, tego który zjawia się na twarzy kobiety gdy mężczyzna sprawi jej miłą przyjemność. Na mojej, maska uśmiechu; tego który zjawia się na twarzy mężczyzny gdy sprawia przyjemność pięknej kobiecie. Smakuję zapach Twoich perfum. Myślałem, że będzie eteryczny tak jak świat wokół mnie, a on jest taki intensywny. Czy to także oszustwo?

Zapomnieliśmy się już trochę. Zaważyło na tym wino, zmęczenie i odrobina iskry, którą w sobie wyzwoliliśmy. Opierasz swoją głowę na mym ramieniu gdy obracamy się po raz kolejny. Od kiedy weszliśmy na parkiet czuję na nas wzrok wielu osób w całej sali. Ciekawe czemu? Przecież jesteśmy tak samo zwykłymi nieszczęśnikami jak oni wszyscy. Czuję jak Twój puls staje się lekko nieregularny. W transie łatwiej o bycie sobą. Ciepło Twojego ciała uspokaja mnie jak nic nigdy. Nie czułem się tak od wieków. Gdybyś tylko mogła zajrzeć do mojej głowy…

Wciąż krążymy w delikatnym tańcu. Gdyby to był środek karnawału to być może wylądowalibyśmy jeszcze dziś w łóżku oddając sobie nawzajem kłamstwa w gorącej kąpieli naszych ciał. A może prowadzilibyśmy długi dialog odkrywając przed sobą nieskończone lądy naszych przemyśleń. Ale każdy sobie, zero kompatybilności. Być może po prostu rozeszlibyśmy się nie kończąc tego nawet pocałunkiem. Ale to ostatnia godzina karnawału.

Zamiast tej feerii barw, przyjemności, tych obiecanych i niewypowiedzianych chciałbym po prostu przytulić Cię w środku nocy i czuć że jesteś blisko. Nie tęsknić za czymś nie określonym. Zamiast wytwornych rozmów i wielopiętrowych konwersacji chciałbym słyszeć tylko dwa słowa. Widzę w Tobie człowieka, a nie obraz. Wciąż nie znam Cię dobrze, jesteśmy tylko w tańcu, ale wiem że zrobiłbym wszystko aby nie było tych masek i jakakolwiek byś za nimi nie była, taką bym Cię przyjął. I nie oddawał.

Nalać Ci wina? Maska uśmiechu, trochę zmęczenia. Twój uśmiech też ciepły, nawet zbyt ciepły, bo drobne ogniki znikają zeń nim się upewnię, że to nie było złudzenie. Pijemy nasze zdrowie w komnatach śmierci. Na ostatnim balu po którym nie będzie już niczego. Wiosna wymiecie ten karnawał i wszystkich ludzi, i zamienią się w proch jak motyle. Zostało tylko kilka minut. Potem wszystko wokół stanie się martwe. Rudowłose piękności zdechną od własnej trucizny. Mężczyźni uduszą się swymi krawatami. Dojrzałe damy spłyną koralami swej krwi.

W tych ostatnich minutach patrzę w Twoje oczy i wiem, że chociaż to wszystko zginie, bo oni nie żyją naprawdę, to ja żyć będę. Wciąż jestem człowiekiem. Jesteśmy w konwencji więc tylko siedzę i uśmiecham się. W prawdziwym świecie obejmowałbym Cię mocno i szeptał do ucha: Żyj! Żyj! Żyj! Powiedziałbym też te dwa najważniejsze słowa. A Twoja twarz po kilku chwilach spłynęłaby strużką łez.

Wstało słońce.

Lux Occulta – Breathe Out

Znalazłem się dziś na koncercie siedleckiej kapeli Vanity. Kwintet ten istnieje od dobrych 5 lat, a na koncie widnieje im jedno zgrabne demo nagrane w wakacje zeszłego roku. Zupełnie profesjonalne zresztą. Jako że te dźwięki trafiły w moje spaczone gusta udałem się więc do jednego z warszawskich klubów, aby obcować z muzyką. Trzeba panom przyznać, że profesjonalizm w obsłudze instrumentów jest ich domeną, nieco kuleje zachowanie sceniczne, ale kochani. Kto od razu zbudował Kraków? Panowie młócą coś co można by określić jako progresywny death metal obudowując to masą fascynujących dźwięków rodem z jazzu, ambientu czy muzyki etnicznej. Bardzo mocno, bardzo do przodu.

Gdy tak przyglądałem się ich występowi to naszedł mnie wniosek, że takich kapel nam trzeba. Ambitnych chłopaków, którzy najpierw przez lata szlifują swój materiał i umiejętności na próbach zanim wyjdą z czymś do ludzi. Wtedy możemy powiedzieć: wow! A nie to co większość młodocianych garagebandów, którzy po pół roku wspólnego grania nagrywają co popadnie i zaczynają koncertowanie. Takie podejście nie owocuje niczym interesującym. Poza tym młodzi muzycy nie zwracają często uwagi na takie kwestie jak spójny aranż, własny styl czy niezmiernie ważny groove. Vanity ma to wszystko co doskonale rokuje im na przyszłość. W dodatku sprzedają to swoje genialnie nagrane demo za monstrualną cenę: 4 złote. Ktoś ma jakieś wątpliwości jeszcze?

A jak już jesteśmy przy muzyce to dokonam małego aktu autopromocji. Otóż na pewno wspominałem już o In Vino Veritas. Projekt znów nam zaczyna działać na zwiększonych obrotach. Prace nad nową płytą trwają intensywnie i naprawdę chcemy, aby to było coś. Zarejestrowaliśmy już nieco materiału demo, z czego jedna rzecz jest uważam, warta waszej uwagi: Sort of a Male Comfort. Jeśli kto ma ochotę to niech przesłucha, skomentuje i powie co myśli. To raczej na pewno nie jest finalna wersja, ale także coś więcej niż szkic. Miłego słuchania.

Swoją drogą zacząłem się zastanawiać czy ja aby za bardzo się na tym blogu nie uzewnętrzniam. Czasami obawiam się, że ten ukryty lub otwarty ekshibicjonizm, który tu uprawiam niczym nie odróżnia mnie od nastolatka prześladowanego weltschmerzem. Inna sprawa, że kilka moich ostatnich posunięć skłania mnie ku tej tezie… Chciałem żeby ten blog był trochę inny od typowego. Żebym mógł to dokonać małej autoanalizy. Żeby on był ciekawy. Ale poza pisaniem “konwencyjnym” nic wielkiego tu nie stworzyłem. Skupiam się zbytnio na sobie i muszę to koniecznie zmienić.

W ogóle prześladuje mnie mój prywatny egoizm. Już nie pomnę rzeczy, o których powinienem myśleć i głupot, których ostatnio popełniłem. Bo mi dorosłość moi drodzy, przez palce ucieka. Potrzebuję lekarza chociaż nie… potrzebuję lekarki. Kobiety, którą mógłbym wielbić, którą mógłbym się zająć i przestać myśleć zbyt dużo o sobie. Samotność czasem dobija.

Na koniec tak anegdotycznie. Zdarza mi się gasić latarnie uliczne. Po prostu idę i mijam rzeczoną latarnię, a ona gaśnie jak na sygnał. Nie robię tego ze wszystkimi, ale pojedynczo. Oczywiście latarnie się czasem wyłącza, albo wysiadają im żarówki, ale w moim przypadku zdarza się to o różnych porach nocy, ze sporą ilością latarni ustawionych w losowej kolejności. Zbyt często abym uznał to za przypadek. Ciekaw jestem z czego to wynika.

Chcę się ogarnąć. Chcę porzucić kompleksy. Chcę…

“Awaiting the sign, I’m waiting for turmoil.”

Mój dobry przyjaciel, który jest z zamiłowania fizykiem twierdzi, że jako byty złożone wyłącznie z kwantów jesteśmy dziełami przypadków. Ba, nasze działania i wszystko co wymyślimy wynika z przypadku. Bo kwanty moi drodzy to byty, które zarówno są jak i ich nie ma. Które mogą być wszędzie w określonej przestrzeni. Nie ma porządku. Oto przypis do zasady antropicznej. Jest chaos…

W moim życiu kwanty układają się chyba wyjątkowo chaotycznie. Najprawdopodobniej udały się na probabilistyczną imprezę gdzie piją wino dyslokacji i urządzają sobie nieziemskie party. Inaczej byłbym bardziej poukładany. Za dużo w moim życiu niepewności i przypadkowości.

Jestem zagubiony pomiędzy skrajnościami, którymi na co dzień eksploduje mój dom rodzinny. Nie zmuszany, ale nakłaniany. Kochany i nienawidzony.To kim ja właściwie jestem w miejscu, które powinienem uważać za prywatną ostoję spokoju i porządku? Studia tak samo. Mam za dużo obowiązków i za dużo wolnego czasu. Uwierzycie w to? Ja muszę, bo właśnie w tym żyję. Po tych kilku dniach będę wierzył już chyba w każdy paradoks.

Doszło wręcz do tego, że chyba sam sobie przeczę. Z dużym przekonaniem mówię i myślę o jednym, a za chwilę otulony zostaję wątpliwościami. One się tylko powiększają. Jestem jak nowa płyta Mastodon, sam nie wiem czy świetny czy beznadziejny. Nic pośrodku. Jestem jak kulka ciśnięta w kręcącą się ruletkę. Toczę się i podskakuję zanim się zatrzymam. Zanim ponownie zamarznę w jednej formie.

Przeczuwam zatrzymanie się. Przeczuwam wybuch.

“Oh, our wheels are in rotation, without know final destination.”

Odnoszę wrażenie, że cały ten mętlik jest mi mimo wszystko potrzebny. W końcu idzie wiosna, stare umiera, a rodzi się nowe. Wiem, że muszę to przeczekać tak jak każdą wielką zmianę. Dać sobie czas, aż maszyneria mojego świata obróci się swoim rytmem i zatrzaśnie jako coś zupełnie nowego. Jestem przekonany, że to wszystko było mi potrzebne. Zawsze przechodziłem przez to sam i pewnie teraz będzie tak samo.

Gdzieś tam nawet ukrywa się ciekawość.

Jest chaos, jest oczekiwanie. Czuję się zagubiony, ale tylko po to, żeby potem stać się silniejszym. Nigdy nie wątpię post-factum. Nie żałuję swoich wyborów. Chciałbym tylko czasem mieć pewność własnych decyzji, ale ona nie będzie dana, ani mnie ani Tobie. Czuję że wiem czego chcę i rzucę się na głowę, na głęboką wodę… Nigdy nie znałem innego sposobu.

Ostatnio mądre kobiety mówią mi wiele o szczerości i kłamstwie. Każda z nich widzi świat na swój skomplikowany sposób. Każda z nich jest wewnętrznie pełna bólu i pełna ciepła. Każda jest godna adorowania. Każdej się boją ze względu na ich podejście. Ich oczy patrzą w tą samą stronę, a nieświadomie naprostowują nić mojego życia. Tak wiele o szczerości i kłamstwie. Tak wiele prawdy. Dziękuję.

Kiedyś kulka się zatrzyma. W jednej konkretnej łuzie. Poznam wtedy wynik i będę wreszcie wiedział. A jeśli spojrzę wtedy to czy….? Nie wiem.

Isis – False Light

Nowy semestr przywitał mnie powrotem zimy. Cała Warszawa okryła się białym puchem. Tradycyjnie na zajęcia powracają wiecznie spóźniający się studenci, a wykładowcy już straszą konsekwencjami sesji letniej. Piwo w barach na Krakowskim pozostaje jednako zimne i przyjemne. Uliczkami kampusu znów snują się setki osób otaczanych tańcem białych płatków. Ten nawrót mrozu to jak środkowy palec w stronę powracających z odpoczynku uniwersyteckich duszyczek. Znów daliśmy się zamknąć w dusznych i przegrzanych salach, ale ja czuję się dobrze.

Zniknęła choroba, piętno sesji oddaliło się na kilka miesięcy, pewne wątpliwości pozwoliły się naprostować. Znów na ursynowskiej salce słychać jak powstaje muzyka. Wyszło kilka ciekawych nowych płyt, koledzy z ZTMu znów modzą nad tym jak uratować Warszawę przed katastrofą zamknięcia Mostu Śląskiego. Życie płynie sobie dalej niespiesznym rytmem nurzając się w endorfinie istnienia. Żeby chociaż cieplej było… ale i tak czuję się dobrze.

Wciąż pozwalam swojemu umysłowi naprostowywać różne ścieżki w mojej głowie. Każdy problem znajduje w końcu swoje rozwiązanie. Na przykład uświadomiłem sobie ostatnio post-factum parę ważnych rzeczy. Zarówno 5 godzin temu, 5 dni temu jak i 5 miesięcy temu. Pozwalam sobie prześladować siebie samego i nazywać się głupcem. Śmieję się z tego, ale wiem że za parawanem tych drobiazgów skrywa się duże szczęście. Przeczuwam je i powoli po nie sięgam. Nie do końca wiedząc co to. I jest dobrze.

Niedługo przyjdzie wiosna. Znów wsiądę na rower, znów setki godzin spędzę na zdjęciach, będę się włóczył nie wiadomo gdzie. Dokądś pojadę, coś zrealizuję. Oby nic nie zwaliło się na głowę. I jestem niecierpliwy. Chcę czuć smak absyntu w ustach, równie wykwintny co konwersacja prowadzona jednocześnie. Chcę być pewien, że nie rządzą mną przypadki, ale to ja decyduję o swoim fatum. Chcę być pewien swoich wyborów.

Pewne odpowiedzi zostaną mi udzielone. Taka jest kolej rzeczy. A póki po warszawskich ulicach snuje się śnieg to wszystko tkwi w zawieszeniu. Skok w wiosnę, w nowe. Ale najpierw trzeba przemyśleć, opracować plan. I będzie dobrze. A na razie uśmiech na moich ustach. Przeczuwam pewną odpowiedź.

Electric Wizard – The Outsider

A więc poniżenie? Moment, na który czekałem od samego początku. Podskórnie wiedziałem, że tak właśnie musi się stać. Jestem jak spętane zwierzę. Jak dziki koń. Chciałem się szarpać, wyrywać, moja Lady, ale jedyne na co było mnie stać to na zimny gest odrzucania. Bo nie chciałem dać sobie założyć ani siodła, ani kantara. A jednocześnie wielbiłem i pragnąłem, do utraty oddechu, do popękania drobnych niebieskich żyłek pod skórą. Nie mogłem Cię w sobie zabić, bo nie potrafiłem Cię nie chcieć. Za to połączenie żądzy, wściekłości i zimnego nieokiełznania teraz będę cierpiał…

Wiem, że zdycham tak jak ten poprzedni, który Tobą wzgardził Lady, i jak każdy poprzedni leżę u Twoich stóp w pyle, krwi i brudzie. Taki sam jak ci poprzedni i tożsamy z syfem wokół mnie. Tyle samo wartości, bo sprzeciwiałem się. Słyszysz jak szepczę Twoje imię, pozwalam się sobie poniżyć, aby uratować choćby ciało. Błagam jak robak, ale przecież mnie nie słyszysz. Tracąc powoli zmysły widzę Twoją postać na parapecie nade mną. Parapet… zawsze Twój ołtarz. Tu przychodzono składać Ci hołdy, tu rozdawałaś błogosławieństwo dla męskich oczu. A teraz jak wielki dumny byk, stałem się ofiarą. Nie chcę… błagam o odrobinę życia.

Ale Ty przecież nawet na mnie nie patrzysz. Znów papieros w ustach, dym unosi się nad nami. Nogi oparte o ścianę wyskakują spod sukienki ukazując swoją gładkość mym gasnącym oczom. Na zawsze pozostanie we mnie widok królewskiego pożądania, które one wzbudzały. Ten widok! Nie pozwól mi umrzeć! Chociaż krzyczę, to wiem, bo przecież jest to samo wino, symbol mojego końca. Gdy opróżnisz kieliszek, ostatnim łykiem sarkastycznie pijąc moje zdrowie, ja umrę i nie powstanę. Nie ma dla mnie żadnej szansy. Bo wzgardziłem? Bo nie dałem się oswoić? Twoje motywy są różne, i tak mój ruch dawno minął. Szach-mat i opuszczam pole gry. Powoli się z tym godzę wsłuchując się w “Twoją” Muzykę.

A gdzie moja? Gdzie ja? Moje? Mnie? Zaprzedawszy się żądzom, świadomościom, miłościom. Podnosisz po raz ostatni kieliszek do karminowych ust. Co utraciłem? Życie? Nie wywalczę go z powrotem. Mogę tylko um… Ten szum. Słyszę go w mojej głowie, to już chyba sygnały tamtego świata. White noise – Black silence. Jedyne co mnie czeka. Zapadam się powoli w malignę gdzie dogania mnie ów łoskot. Ach bicie mojego serca, ten niezapomniany rytm. Werbel mojego życia, niespokojne staccato. Ono jeszcze bije? Wygrywa moją Muzykę? Jakim cudem?

Ledwo krwawię już z ran, ale ono jak gdyby nigdy nic. Zniknęła mgła przed oczami. Pocięte na szmatki ciało już tak nie boli. Ach to Ty… pijesz moje życie smakując je do ostatniej kropli. Widocznie było całkiem niezłe, moja piękna. Wiem, że chcesz je teraz symbolicznie zakończyć, ale ono jest moje! Ja! Mnie! Nie oddam! Nie chcę! I już dźwigam się powoli na rękach, ku twemu zdziwieniu. Siedzisz jak zahipnotyzowana gdy powoli wstaję i zbliżam się do Ciebie. Nie widzę strachu… ale nie pragnąłem go. Moje wciąż zbryzgane krwią usta zatapiam w Twoich wargach. Na bezdechu zalewam je swoją krwią.

Żyję! Rozumiesz, żyję! A teraz Twe usta uświęcają moją krew przelaną ze wstydem za Ciebie. W końcu są one sacrum prawda? W ten sposób oddaję Ci cześć. Ale mojego życia już nie oddam. Urywam pocałunek i oddalam się nie patrząc do tyłu. Wiem, że nadal tam siedzisz wampirycznie pokryta moim płynem życia. Kieliszek pęknięty na podłodze. Będziesz mnie pamiętać. Zarówno gdy po raz kolejny zapłoniesz gniewem jak i nocą gdy przygryzać będziesz wargi i zaciskać lekko uda na wspomnienie mojego dotyku…

Ale wygrałaś. Bo chociaż nie zabiłaś mnie to ja wciąż jestem Twój. I wiem, że nie mam szans na uwolnienie. Ba, ja tego wcale nie chcę. Wciąż pożądać będę Cię całej moja Lady. Nie będzie innej, nie zapomnę. Oto Twoje zwycięstwo.

Ministry – Lets Go

Pierwsze było In Vino Veritas. To znaczy nazywało się ono jakoś inaczej. Jedną z tych głupich dziecięcych nazw, na którą mogli wpaść zakręceni na punkcie muzyki czternastolatkowie. Jak powstają zespoły? Z przypadku. Kolega dostał na urodziny gitarę elektryczną od rodziców i zaproponował mi założenie zespołu. Cóż z tego, że nie umiałem na niczym grać ani też śpiewać. Miałem zdecydować czy bas, czy perkusję. Zdecydowałem się w końcu na bębny, ale i tak nie zdobyłem ich przez następne półtora roku. Śpiewałem więc. Grudzień 2002, a dzieło trwa do dziś. Może się to wydawać śmieszne, ale podskórnie rozpiera mnie duma.

Nagrywaliśmy dziesiątki kawałków tworząc z nich płyty razem z przyjaciółmi, którzy grać umieli ledwo na czymkolwiek lub nie umieli tego robić wcale, ale mieli ochotę. Stopniowo i powoli rozszerzaliśmy instrumentarium i umiejętności. A przede wszystkim muzykę, która wyrastając z mocno psychodelicznej poezji śpiewanej przekształciła się w totalny miszmasz wszystkiego ze wszystkim, który nas niepomiernie bawi. I cały czas jesteśmy na stałe tylko my dwaj. Krzysiek i ja. Z rozsądnego punktu widzenia wszystko to nie miało najmniejszego sensu. Te niby-płyty z niby-kawałkami, a przecież to taki istotny fragment mojego życia. Ostatni “krążek”, który ukończyliśmy znów tylko we dwóch w październiku ubiegłego roku okazał się być już nawet bardzo strawny. Teraz zrobimy krok dalej.

Ale gdzieś tak pod koniec 2005 roku Vino przestałoby być priorytetem stając się projektem, a do roli pierwszego zespołu awansowała kapela metalowa o przeuroczej nazwie Rozpierdalator. Znowuż nasze umiejętności były mizerne, ale kropla drąży skałę i przez 3 lata wyrośliśmy z obskurnego thrashu o żenującym poziomie wykonania. W pamięci pozostaną setki godzin prób, dziesiątki coverów i jakiś czynnik, który spowodował, że to wszystko zażarło i nie porzuciliśmy tego. Wciąż z pierwotnego składu pozostało nas trzech, a to jak na zespół byłych nastolatków, spora sprawa. Tak jak i nazwa, muzyka wyewoluowała w stronę sludge/stonera/experimetal metalu o dziwacznej, ale oryginalnej twarzy. I wciąż idziemy do przodu.

W tym czasie przyszedł moment zakochiwania się w swoim instrumencie. Od nieporadnych prób wystukania jakiegokolwiek rytmu, przez pierwsze drobne sukcesy, ogarnianie perkusyjnych patentów u innych, aż po wykrystalizowanie w sobie własnego pomysłu na granie. Totalny samouk. To był błąd, ale w końcu uczę się wciąż. Niewiele rzeczy na świecie jest mi w stanie zastąpić przyjemność grania na bębnach, niewiele też rzeczy stresuje mnie bardziej. To czasem coś więcej niż przywiązanie.

W pierwszej połowie zeszłego roku do listy “moich” zespołów dołączył [Wreath]. To był już zupełnie (z mojego punktu widzenia) kosmiczny poziom wykonania. Czasami do tej pory nie wiem jak to się stało, że gram i mogę współuczestniczyć w tej specyficznej magii kryjącej się w tym co wcześniej stworzył Tomek. Nie będzie przesadą jeśli stwierdzę, że uważam granie w tej kapeli za pewnego rodzaju zaszczyt. Może także jako ambicjonalny kop prosto w tyłek. Nie wiem jak długo, ale nie chciałbym, aby się szybko skończyło.

Przez te lata namnożyła mi się też ogromna ilość projektów-żartów, z których najsłynniejszym pozostanie chyba Necrowombat. Tak, tak, dorobiliśmy się nawet myspace. Dla wielu pierwsza płyta tego chorego dowcipu pozostanie kultem. Grind, noise i wrzask do oporu. Szczyty brutalności, specyficznej awangardy i dziwacznego humoru. Proszę spojrzeć na tytuły piosenek. Nie jestem w stanie uwierzyć, że to powstało, ale powstało. I cieszę się też, że takie rzeczy pozwalają mi zachować potrzebny tu dystans.

To wszystko wzięło się z przypadku. Bo gdyby nie pytanie, gdyby nie moja ciekawość… Ale przetrwało, bo to nieuleczalna choroba, która pozwala mi się odciąć od codzienności. I wierzę, że będzie tak jeszcze bardzo długo.

Vesania – Neurodeliri

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.