Wanderlust. Nieustanne pragnienie podróżowania. Niekończące się wołanie, które zmusza człowieka do porzucenia bezpiecznego domowego schroniska i tułania się gdzie popadnie. Nigdy nie zaspokojona żądza bycia w ciągłym ruchu, patrzenia co jest za zakrętem, planowania i łamania tych planów spontanicznymi posunięciami. Jeśli dołożysz do tego chyba uzasadnioną miłość do miejsca swojego urodzenia otrzymujesz demona, który targa mną od wczesnego dzieciństwa.
Od takiego tyciego malucha kochałem udawać się w nieznane miejsca. Najpierw wycieczki do rodziny w Warszawie i poza nią. Potem wypady w różne ciekawe miejsca. Do zoo, do muzeów, do parku kultury w Powsinie. Zobaczenie tego wszystkiego było fascynujące, ale nic nie przebijało możliwości długiej podróży najchętniej komunikacją miejską. Ba, wręcz namawiałem swego ojca do zabierania mnie w takie podróże i on czasem spełniał dziwne pragnienia ciekawskiego kilkulatka. Potem zabierał mnie na długie piesze wycieczki wokół Warszawy, które pokochałem wielką miłością. To było zresztą cementowanie jego ojcowskiej relacji ze mną. A we mnie kiełkował i rodził się wanderlust…
Wybuchł na początku gimnazjum, do którego zacząłem dojeżdżać przez prawie pół miasta codziennie. To mi nie wystarczało, uciekałem więc czasem z lekcji włócząc się komunikacją po całej Warszawie i poznając dokładnie wszystkie jej zakamarki. Z punktu widzenia inwestycji w przyszłość było to słuszne. Myślę bezczelnie, że niewielu taksówkarzy zna te wszystkie ulice lepiej ode mnie. Mało kto ma sieć komunikacyjną w głowie. Ja mam. Jest oczywiście druga strona medalu, bo problem polega na tym, że to pragnienie we mnie nie wygasło ani na jotę. Co uważam za lekko szalone.
A więc wanderlust. Budzę się czasem i czuję jak burzy się we mnie krew. Uciekam wtedy od wszystkiego i włóczę się po mieście z muzyką i aparatem. Wsiadam o dowolnej godzinie w autobus i wiozę się sam nie wiem gdzie. To zresztą nieważne. Liczy się puls serca łomoczącego w jednostajnym rytmie utworu Baroness. Świat się zmienia, godziny obracają w dni, a dni w lata i ja wciąż tłukę się po całym mieście goniąc sam nie wiedząc za czym.
Czasami gdy rzeczywistość przyciśnie mocniej, uciekam nawet od tego. Wiozę się gdzieś daleko poza miasto, na zapuszczone w podwarszawskich wsiach przystanki. Obieram najmniej uczęszczany szlak i zapuszczam się po lasach i polach strasząc swym wyglądem. Idę tak długo aż ból w nogach staje się nieznośny albo doskwiera mi przykre pragnienie. Wawerska wydma, nadwiślański wał, izabeliński dukt… Nieważne. Droga prowadzi mnie aż otrzeźwieję orientując się po 3 godzinach, że jestem o kilometry od cywilizacji. Nieustannie uciekam sam.
Nie znajduję w sobie chęci dla uporządkowania się. Być może tak szukam sobie dystansu do siebie i świata. Może to jest jedna z tych pasji, które rządzą człowiekiem, a nie on nimi. Wiem, że są tacy co to rozumieją. Znam ich, ale nie wchodzimy sobie w drogę. Wanderlust jest czymś tak intymnym, że możliwym do podzielenia się tylko z najbliższą osobą. Jak chłopak z dziewczyną, jak syn z ojcem…